msj photography

'Photography is nothing. It's life that interests me.'

0 notes

"Do bruku z góry nie przychodź, nie przychodź, nie przychodź…"

     Biorąc do ręki papier i ołówek, mam w głowie zaledwie strzęp myśli. Zawsze. Często mniej. Wystarczy słowo by zacząć. Słowo klucz, jak bilet w nieznane.
     Wczorajszy dzień sponsorowało “ROZKOŁYSANIE”. Wrażenie ledwie wyczuwalnego “out of balance” towarzyszyło od rana. Stawiałam myśli do pionu, patrzyłam w słońce mamrocząc: “Jest dobrze! Przecież jest! A nie?!”
     Niby dobrze, a wewnętrzny błędnik na lekkim rauszu. W ścisku wagonu patrzyłam w filcowe plecy. Światło lizało płaszcz i wydawać się mogło, że tańczy - od kołnierza aż po mankiet. Światłoczuły dzień. Pomyślałam, że tym razem o fotografii…
     Myśli krnąbrne nie chciały układać się po mojemu. Poukładane na własną modłę, zaraz przed trzecią nad ranem. Uwolniłam się od ich plątaniny. Jeszcze tylko głośno przeczytać, dopieścić, niepotrzebne skreślić.
     Słowo ciałem się stało a z nim salwa pytań: “Skąd przyszło? Dlaczego? Wieczny odpoczynek??? Komu amen i czy w pacierzu?”
Wklepałam w iPhona, potem na ścianę FB. Była 3.03 jak aktualizowałam post. Ktoś napisał na “priv”, że ładne. Inny ktoś, że nastrój mój  wisielczy.
Nie widziałam tam niczego, co ładne. Co więcej, nie wisiałam nastrojem jak głową w dół. Układałam się do snu. Niby spodnie młodszego brata, sen okazał się przykrótki. Krótkometrażowy i dotkliwie mnie spowolnił. Byłam muchą. W smole. Taką, która najadłszy się gówna, miała dość siły by brzęczeć i dopiero o 18.00 zamilkłam.

STOP
Wyhamowałam.
Z piskiem opon.

     Krótką wiadomością tekstową przyszło “zamówienie” na zdjęcie Furiego - w wysokiej rozdzielczości i najlepiej w czerni-bieli; to ze względu na okoliczności. Nie rozumiałam “okoliczności” więc przeczytałam ponownie. Raz jeszcze. I jeszcze. Nie uwierzyłam. I nadal nie rozumiem.

     Prawie nie znałam Roberta. Na palcach mogłabym policzyć przelotne spotkania, koncerty. To, co mnie w wbiło w krzesło, to ból w słowach jego bliskich - jak włócznia w boku i ściśnięte gardło - stygmaty nadwrażliwców. Zupełnie innych a takich samych.

Takich jak Ty i ja.
Albo On.

     Czasem, z ogromu nadwrażliwości wiemy więcej. Więcej niż byśmy chcieli. Więcej niż ja bym chciała. Mnie nadwrażliwość przykleja fotoaparat do twarzy, pióro w dłoń wkłada i papier drapać każe. Ta sama prowadzi utracjuszy na skraj przepaści a beznadziejników  do wiecznego odpoczynku na torach układa. Jeszcze barierki mostów. Tam, niczym bezskrzydłe anioły, nadwrażliwcy siedzą, szarpani i popędzani do odlotu…

Przed czwartą nie miał skrzydeł.
Trzy po trzeciej wiedziałam, że bezskrzydłego grawitacja pociągnie za sobą.
Przez piętnaście godzin nie wiedziałam.
Nie wiedziałam, że wiem.
Nie wiedziałam, że ten będzie dedykowany Tobie.

image

Pamięci Roberta “Furiego” Furmana

Rozkołysany 
na sznurze plecionym lżejszą, 
wczorajszą ręką
w niby walcu, na trzy się kiwa

wrastał w posiwiały prochowiec
niespełnieniem
wyciągnął z rękawa odpoczynek
- wieczny i krnąbrny
za uszy wytargał
i w kącie przy butach ustawił 
"Szkoda, szkoda butów!
Jak ONE niosły! Nosiły! …GNAŁEM…”

Świt lizał garb filcu na plecach 
od brzegu - po kołnierz
po wargi 
w pół słowa zastygły i posiniały niedopowiedzeniem
"Szko……"

ścisnął za szyję 
na amen nie zdążył

20/11/2013

0 notes

Z niewypisania

           Jestem niewypisana. Z tego niewypisania przyszło niewyspanie i inne niewy-braki. Skazująca Kalliope miała twarz zaciętej suki, środkowym palcem wskazała miejsce tymczasowego wygnania. Zdezerterowałam do Braku Czasu. Nawet jeśli to pobyt tymczasowy, jest niezbyt. Słabo  i dość  marginalnie, po żuławsku. Nie po mojemu.
           Może głowa działać przestała…? Niewypisana do dna głowa nie ubiera myśli w słowa. Logika pod gruszą a mózg wysuszony na śliwkę. Pewnie dlatego słyszę jak z tęsknoty kartki puchną. Albo schnący atrament przykleja się do ściany. Trudno się dziwić - często jest lekko zakręcony a potem w kałamarzu rybę udaje. Na lekkim rauszu i z delikatną łuską byłby łatwy do zgryzienia… Wystarczyłoby usta jak do pocałunku złożyć, kałamarz przechylić i wysypać. Językiem na podniebieniu mocno rozcierać – od posiniałych warg aż po migdały niebieskie i cudne manowce…
          I ja właśnie o tym! Głowa mnie stale w pole wyprowadza! Myśli na krótkiej smyczy trzymać należy bo inaczej zrywają się i pooooszłaaaaaa jedna z drugą! Szukaj ich potem po tych manowcach cudnych, łąkach zielonych… A miało być o kocie, widzisz?!
          No wiec jest i  kot - przesadnie rozhisteryzowany i pro francuski, należący do sąsiadów Parleuszy. Kot nie daje o sobie zapomnieć - dolewa oliwy do paleniska twórczych frustracji i całkiem pospolitego, ludzkiego wkurwienia. Dzień i noc znęca się nade mną. Nie miaucząc ni razu potrafi umarłego z dębowej garsonki wyrwać. Jak? A no tak po prostu, bez metafizyki - skowytem i jękami. Huncwot ma tupet! A ja? Mam kamienie na parapecie. Zbieram. Bo lubię. Czemu parapet? Bo nie mam klasera.
          Kot, kat, i jakby tego było mało, telepata - ja piszę, on zawodzi. Najwyraźniej ma głęboko pod ogonem fakt, że do marca daleko. Im bardziej on w forte, tym intensywniej wpatruję się w kamienną kolekcję. Bez którego okazu żal będzie najmniejszy…? (Ależ Wysoki Sądzie! Że ja znęcam sie nad zwierzęciem?! To zwierzę znęca się nade mną!). Podejrzewam kota, że miewa reakcję alergiczną gdy słyszy jak drapię piórem po papierze. Rozumiem, też mam swoje reakcje. Na wszelki wypadek wyciskam do garści dwie pigułki antyhistaminowe. Jedną połykam, drugą przez okno. 
          Bardziej niż kot  niewypisaniu winna jest przeprowadzka.  Z końca świata do  pępka, na własne życzenie. Wyprowadziłam się z zadupia i z równowagi chyba, choć ta bywa i tak rozkołysana. Poukładałam się w pudełeczka – niezbędniki z czułością, co zbędne - do wora. Worów - osiem. Jeszcze tylko kadr przez okno i rozdział zamknięty. Każdy kolejny będzie lekko chybotliwy. Zresztą początki z zasady są rozkołysane. Jak w tańcu - poczuć, dać sie ponieść, jak w życiu - nie dać się prowadzić za rączkę, pod nogi patrzeć…Ostrożnie stawiam pierwsze kroki, ważę myśli, mierzę siłę litrami akrylowej magnolii.  Przede mną zapuszczanie korzeni i hodowla świętego spokoju w nowym. Robić tak, by “nowe” ciepłem jak bluszczem porosło, domem być zaczęło.

0 notes

Sztuka Rozwalniania

Rzeczywistość z pośpiechem w pół objęci przemykają ulicami. Mgnienie oka - dość by zobaczyć przed sobą blade punkty znikających ich pięt. Z niecierpliwością kochanka pośpiech szarpie rzeczywistość, pogania batem ukręconym ze wskazówek zegara…
We właściwym sobie tempie szlifuję bruki. Oko lewe - czujne na obłąkany tandem kochanków, prawe - lustrem odbija szaloną pogoń. Kładę się cieniem na chodnikach, ludziom w oczy i okna zaglądam. Lekcja z nieśpieszności i konsekwencji u ślimaka.
Pośpiech oddechem rozbity na monosylaby, rzeczywistość w kadry zamknięta. Dotyk motyla. Trzepot rzęs. Trajektoria kropli potu spływywająca udami w dół.

Wdech…
Wydech…

0 notes

„Zawsze wywoływałam skrajne emocje” - rozmowa z Marią Peszek (Lejdiz Magazine, Maj 2013)

Z Marią Peszek rozmawiają: 
Monika S. Jakubowska i Sławek Orwat image



Sławek Orwat: Kiedy rodzi się dziecko w rodzinie takiego artysty jakim jest Jan Peszek, w którym momencie życia zdaje sobie ono sprawę z tego, że scena jest również i jego miejscem? Jak długo dorastałaś do takiej decyzji? 

- O to trzeba by było zapytać moich rodziców, bo oni mają pewnie lepszy ogląd tego z zewnątrz. Zawsze wiedziałam, że będę artystką i że będę robić coś w sztuce. Nigdy nie miałam pomysłów na jakikolwiek inny zawód. Było to jakby oczywiste dla mnie od zawsze. Kiedy byłam dziewczynką, bardzo chciałam pracować w cyrku, potem w operze, następnie byłam przez parę lat aktorką. Dopiero później okazało się, że drogą która jest mi najbliższa, jest robienie muzyki. Nie było jakiegoś szczególnego punktu w czasie. Była to po prostu absolutna oczywistość. 

Monika S. Jakubowska: Na swojej pierwszej płycie „Miasto mania” byłaś nieco „schowana”. W „Marii Awarii” byłaś już bezpruderyjnie kobieca i bardziej odważna. Z kolei na „Jezus Maria Peszek” jesteś jakby nie do końca „ogarnięta” i mocno krzycząca. Przyzwyczaiłaś publiczność do tego, że każda z Twoich płyt jest zupełnie inna. Jest to dla Ciebie bardziej brzemię, czy wyzwanie? 

-„Nieogarnięta” jest świetnym określeniem, ale to jest totalnie nieprawda. Myślę, że bardziej chodzi Ci tu o cytat z utworu i o rodzaj ekspresji. W moim odczuciu ta płyta jest najbardziej precyzyjna ze wszystkich, które zrobiłam i byłoby źle, gdyby było to inaczej odbierane. To jest mój najbardziej dojrzały głos. Często ją określam jako manifest mojego światopoglądu. Uważam, że trzecia płyta jest „żyletą” jeśli chodzi o myśl, a to że ja krzyczę, to znaczy, że taki środek jest mi potrzebny po to, że musi to być momentami groźne i brutalne. Nie zastanawiam się, czy przyzwyczaiłam do czegoś publiczność, czy nie. Robię po prostu to, co uważam za konieczne w danym momencie. Jeżeli jakaś płyta we mnie dojrzewa i ją robię, to ona może być tylko taka, a nie inna. Kompletnie nie zastanawiam się, co ludzie sobie o tym pomyślą. Nie zastanawiam się, że jedna była taka, druga taka, trzecie taka. Za każdym razem jest to mój bardzo osobisty głos i w gruncie rzeczy jest to przygoda i frajda, że taka zmiana się we mnie dokonuje i że ludzie we mnie to lubią, że to nie jest za każdym razem to samo, tylko że tak naprawdę nie mogą się nigdy spodziewać tego, co będzie. 

image

Sławek Orwat: W moim odczuciu są trzy osobowości w historii polskiej muzyki, które na przestrzeni dziejów obalały różne tabu w dziedzinie erotyzmu i cielesności w tekstach piosenek. Pierwszym był Kabaret Starszych Panów. Kolejnym był Grzegorz Ciechowski. Ty jesteś dla mnie tą trzecią postacią. Przeprowadziłaś w tej dziedzinie taką rewolucję, że często zastanawiam się nad tym, co jeszcze można w tym temacie odkrywczego powiedzieć. W jaki jeszcze sposób można erotykę podać w tekstach tak, by miało to smak, złamało kolejne schematy i po raz kolejny dopiekło hipokrytom? 

- Myślę, że ten temat już tak wyeksplorowałam na przedostatniej płycie, że i ja miałam poczucie, że nie ma już nic dalej. Jeśli chodzi o seksualność, to powiedziałam tyle i takimi słowami, że jakby ten temat w sobie zamknęłam. Dlatego na nowej płycie oprócz jednej frazy: „Chwyć mnie za włosy, oprzyj o ścianę, kochaj aż całkiem myśleć przestanę” tak naprawdę nie ma słowa o seksie. W porównaniu z tym, co działo się na “Marii Awarii”, to zdanie i tak jest bardzo lajtowe. Na nowej płycie poszłam krok dalej. Mówię o rzeczach, które są bardziej drażniące dla polskiego społeczeństwa. Seksualność jest rzeczywiście w Polsce tematem ciągle problematycznym, ale tematy które są na nowej płycie, to jest tak naprawdę: Piekło i Szatani. Postanowiłam po prostu pójść jeszcze dalej. 

Monika S. Jakubowska: Na koncertach dajesz z siebie sto procent. Otwierasz się zupełnie, żeby przekazać publiczności to, co masz w sobie. Dużo czasu Ci zajmuje potem, aby tę „legoMarię” poskładać z powrotem? 

- To jest rzeczywiście bardzo delikatny temat i niebezpieczny, bo rzeczywiście jestem takim – nazwałabym – performerem, który płaci bardzo dużą cenę za to, że ta ekspresja jest taka, a nie inna. Tak naprawdę ja już powinnam skończyć eksploatować tę płytę i odpocząć, bo to jest bardzo wyczerpujące głównie psychicznie, ale też i fizycznie. Nie mam natomiast wyjścia, aby inaczej to robić. Nie można sobie założyć jakichś bramek wewnętrznych, zwłaszcza że ludzie tego oczekują i bardzo to doceniają. To jest taki mój znak rozpoznawczy. Odpowiadając wprost i szczerze, to jest to bardzo niebezpieczne. Jesteśmy teraz nieustannie w podróży i mieliśmy akurat dwa dni wolne pomiędzy koncertem w Dublinie i w Londynie i… rozchorowałam się. Mam wysoką gorączkę, wszystko mnie boli i czuję się chora. To znaczy, ze mój organizm mówi „Ej! Już trzeba przestać”. No, ale oczywiście napiję się dużo wody i będzie to fantastyczny koncert. Tylko kiedyś trzeba będzie jednak powiedzieć „STOP!” Ja mam z tym problem, ale na szczęście mam osoby, które teraz mnie już bardzo pilnują i mam już zaplanowaną przerwę niebawem. 

image

Sławek Orwat: Na ostatniej płycie podjęłaś bardzo poważne tematy. Wyraziłaś swój stosunek do patriotyzmu i do religijności. Porwałaś się na wartości, które w polskim społeczeństwie - gdzie hipokryzja pewnie długo, a może nigdy nie przestanie istnieć - stanowią doskonały pretekst i pożywkę do ataków i rzucania oszczerstw na artystę myślącego inaczej. Jak sobie z tym radzisz? 

- To było tak dla mnie ważne, żeby to powiedzieć, że wszystko to, co później się wydarzyło, tak naprawdę nie zaskoczyło mnie. Zdaję sobie sprawę z tego, że zawsze wywoływałam skrajne emocje. Przy tej płycie, to już zupełnie wymknęło się spod kontroli i było bardzo drastyczne. Taka jest cena, jaką płacę za swoją bezkompromisowość i za wolność. Ludzie w Polsce nie zdają sobie sprawy z tego, że wkurwia ich najbardziej nie to, co mówię, tylko to jak mówię i że to jest kompletnie otwarte, to że mówię o tym bez żadnych metafor i że to jest dowodem mojej totalnej niezależności. Ludzie w Polsce mają z tym duży problem i myślę, że właśnie to tak naprawdę ich najbardziej rozsierdza – nie to, co mówię, tylko jak i że w ogóle o tym mówię i że śpiewam piosenki o tym, że ktoś nie chce mieć dzieci, albo że wie jak umrze i kiedy. O tym nie robi się piosenek w Polsce. Wydaję mi się to dziwne, bo na świecie już dawno robi się o tym piosenki. 

image

Sławek Orwat: Czy Polska ma szansę być kiedyś krajem prawdziwie wolnym? 

- Mam wielką nadzieję, ale myślę, że dużo czasu nam to zabierze. Natomiast to się bardzo szybko zmienia w dobrą stronę. Naprawdę. Są już takie zmiany, które widzę. Podróżujemy po różnych miastach – mniejszych i większych i w porównaniu z ostatnią naszą trasą przy „Marii Awarii” już da się zauważyć drastyczną różnicę. To wszystko się zmienia, ale wydaje mi się, że to i tak zabierze nam jeszcze z kilkadziesiąt lat. 

Monika S. Jakubowska: Otwarcie mówiłaś w wywiadach o swojej chorobie, o swoim „romansie” z depresją. Czy zgodzisz się, że temat tej choroby jest w Polsce większym tabu niż erotyka i seks? 

- Oczywiście. To jest bardzo symptomatyczne i jedyna rzecz, która mnie naprawdę zabolała. Była to duża odwaga z mojej strony. W Polsce jest tak, że osoby chore na raka, które mówią o swojej chorobie z detalami często wykraczającymi poza ludzką wytrzymałość, stają się bohaterami. Ja pytam… jaka jest różnica między tym, gdy ktoś opowiada o chorobie ciała, a tym gdy ktoś opowiada o chorobie duszy? To jest trudne, ale dobrze że to zrobiłam, bo masa ludzi poczuła się dzięki temu wolna i szczęśliwa. Taki mam odzew od wielu z nich.

image

1 note

"Light is meaningful only in relation to darkness, and truth presupposes error. It is these mingled opposites which people our life, which make it pungent, intoxicating. We only exist in terms of this conflict, in the zone where black and white clash.”

Louis Aragon

1 note

Reblogging my life

image

Wiosna przyszła i zielenią w oczy szczypie. Jest soczyście i jakby lepiej. Liście na drzewach majem nieśmiałe. Po zimie czas na porządki - w szafach, w kątach, głowach. Jeszcze powycinać chaszcze wyblakłych zachcianek, postrącać pajęczyny myśli. Potem wystrzelić szczypiorem radości, rozpachnić się niespiesznością. Wyostrzyć. Niby proste bo więcej w nas wszystkiego - nas samych w nas więcej…

Wiosna i mnie do potęgi podniosła - przez chwilę majaczę na brzegu kanału z na wpół wypalonym papierosem by zaraz biec do metra, potykając się o własne nogi. W metrze sprawdzian z tolerancji z rozkrzyczaną Bellą Italiano w tle, w szpitalu - akupunktura na cierpliwość. Pokłuta igłami oczekiwania, wracam po więcej. Wracam, do oczu kobiety - skośnych ze strachu o chłopca w gnieździe pod jej żeber klatką. Nabrzmiała i spuchnięta, macierzyństwem i czekaniem. Boże - Okrutniku, taka męka by człowieka sprowadzić na świat! Potem, w wierszach i tak padołem łez każdy go nazwie. Moim zdaniem trochę do dupy… Nie?

Siedzimy. Nic się nie dzieje. W Londynie a trochę po krakowsku, w szpitalnym czyśćcu. Czas odmierzam jękami rozmodlonych matek i kakofonią bicia serduszek, nie większych od orzechów. Takich dojrzałych, po włosku. Patrzę na prawie-matkę. Jest jak brzoskwinia, czasem z oczu pestkami łez strzela. W niespokojnych palcach różaniec miętosi, prośby pod sufit wypuszcza. Powietrze jest gęste a ja z uśmiechem “wszystko-będzie-dobrze” przyklejonym do twarzy. Będzie? Jest. Miało nie być, dobrze więc…

Czekamy dalej. Ja z rozwarciem kalendarza na kolanach, żeby kolejną ważną datę skreślić. Ona - bez rozwarcia. Nad przepaścią siebie samej kołysze się na boki, cedząc przykrótkie pytania. Bogu złorzeczy a potem łzawe paciorki różańca przebiera.
"A coś Ty taka niecierpliwa?! W Afryce kobiety tydzień się kołyszą!". 
Piguła hebanową dłonią żel z brzucha ściera. Kołysze biodrami do wyjścia, zostawiając za sobą przygryzane wargi i błyszczące oczy. Serduszko puka w rytmie “Fire Starter”. Rzucam się do łóżka z ramion kołem ratunkowym. Przyklejam “wszystko-będzie-dobrze” do policzka rozczekanej matki. Za dni kilka, od pierwszego wejrzenia, zakocha się w Antonim - krzyczącym małym świętym, co w krzyku spokój jej przyniesie…

0 notes

"Odmiana życia przez przypadki"

Mianownik - kto, co?- ja. Dopełniacz - mnie. Za nimi celownik, biernik. Gramatyczna mantra powtarzana od szkoły podstawowej, a we mnie ciągły brak wiary w przypadki i zrządzenia losu. Niby wszystko przez przypadek - a jednak po coś…
Gdyby Newton nie poszedł do sadu obżerac się jabłkami, nie dostałby po głowie i prawa grawitacji nie odkrył. Inny ktoś jęknąłby tylko i guza pocierał. Traf chciał, że oberwać musiał Newton! W taki oto sposób jednym marnym owocem całą ludzkość na ziemię ściągnął. “Njutonowy” koleżka po fachu, zażywając kąpieli w łaźni, odkrył podstawowe prawo hydro i aerostatyki. Nie sądzę by przez przypadek był to Archimedes… Nie bez kozery wrzeszczeć też zaczął: Euuuuuuurekaaaaaaa!!! Wszak odkrył sposób by uszczęśliwić Herona! (leniwa Eureka gdzieś przepadła z ręcznikiem…)
Wystarczy poprzyglądać się, pokojarzyć… Nieuzbrojonym okiem widać rozmaitość przypadków - skrajnych, kolejnych, niewytłumaczonych, ciekawych i tych najbardziej pospolitych - niezwykłych. Niektóre z nich chodzą po ludziach więc co robić, gdy taki zacznie deptać Ci po piętach albo wlezie w głowę? 
Zupełnie nie przypadkiem podjęłam ten temat… Bo jak inaczej mam TO wszystko sobie wytłumaczyć?!

0 notes

Idą Święta

Mikołaje renifery

po wystawach gonią

choinki - strojne dziwki

zaś aniołom śmierć przez powieszenie

w grudniach suszą się na sznurze

ja

oddychać nie mogę dłużej

brokatowy Dżizusek

zza kasy kiwnął palcem

i rzygałam cynamonem

moje Boże Narodzenie

zmieści się w śnieżnobiałej umywalce

17/12/2012

0 notes

Pump up the volume

Zawsze chciałam, żeby było bardziej, mocniej, intensywniej. Żeby włosy były czerwieńsze a muzyka głośniejsza. Żeby, jak kochać, to aż do bólu, dlatego serce często oddawałam do porąbania na drzazgi. A jak było mdło – trzaśnięciem drzwi rąbałam ja. Było „fajnie” gdy był hardcore, porozbijane szyby i telewizory wyrzucane z ósmego piętra. Gdy dopadała mnie deprecha i poczucie nieszczęścia, to też całą parą wgniatało mnie w beton. Następnego dnia zmartwychwstanie i z syzyfowym uśmiechem odrastał apetyt na głębiej. Ostrzej. W szafce zawsze był pieprz kajeński. W apteczce – żyletki pierwszej pomocy. Z tego umiłowania do ekstremum bywałam na scenie bo przed każdym koncertem obezwładniało  mnie przerażenie. Były liny, wspinaczki i łażenie po jaskiniach. Coś się dziać musiało a jak przyszła flauta, sama wkraczałam do działania. Wywoływałam burze. Gdy myślałam, że jest dobrze i pięknie, wtedy znowu robiło się po kajeńsku. Ktoś odchodził. Ktoś umierał. Umierało coś, wszystko pośród odwiecznego zgrzytu zębów. Kiedyś, przy okazji chylącego się lata, przypomniałam o sobie samej schowanej gdzieś w środku.

Tamtego dnia wróciła fotografia. Tamtego dnia wróciłam ja.  Aparat zadziałał jak magnes choć ja przestawałam być magnesem na nieszczęścia. Po Chrystusowemu, w wieku 33 lat, zapragnęłam żyć nieumęczona i niepogrzebana. Rzygałam powtarzalnością upadków, zmartwychwstań i całej tej posranej drogi krzyżowej. Z obiektywem przy nosie trzeba było raz a dobrze ze zmartwienia powstać. Zwolnić. Przypomnieć sobie jak patrzeć i przymykać  oczy. Jak słuchać. Jak nie mówić. W takim ciepłym i cichym półmroku wróciły słowa i ponownie wylewać się na papier zaczęły. Dziać się zaczęło.

Z dawnego popieprzenia wylała się moc pasji i tomik z pieprzotami. Wyrosła też wojna, choć ostatnio liście na niej jakby pożółkły i opadać bezszelestnie zaczynają. Jakiś drucik w głowie się przepalił. Zaczęłam czuć się utracjuszem jakby mniej. Zawsze wiedziałam, że chcę mocniej. Jednak dziś wiem, że  „tu i teraz” potrzebne mi najbardziej. Wojnę odłożyłam na półkę. Pobieram nauki u onkologicznych herosów i cherlaków, zwycięzców i pokonanych, lekarzy i pacjentów – tych łysych i tych rozperuczonych na maxa. Dziś jestem zdrowa ale też dziś dociera do mnie jaskrawiej, że nie muszę mieć raka by zacząć żyć bardziej. „Bardziej” nie jest już żyletką w apteczce a „mocniej” nie jest telewizorem zrzuconym z balkonu. Zsymplifikowałam się. Uprościłam. Do szczęścia drepcze na skróty, z roku na rok z coraz lżejszym bagażem i w coraz to wygodniejszych butach. „Bardziej” marszczy mi nos przy uśmiechu. „Mocniej” przechyla mi łeb do słońca. Nie rozśmieszam Boga – nie mówię mu o swoich planach. Co ma być i tak będzie. Bóg nie ma czasu na wielkie plany. Siedzi z wędką na brzegu rzeki i patrzy na spławik. Jedną nogę ma do pół łydki w wodzie. Guzik Go obchodzą moje plany. Z nogą w wodzie jest Mu przyjemnie. Mnie też ma być przyjemnie. Im mniejsze moje dzienne przyjemności – tym przyjemniej. Życie, after all, składa się z drobiazgów. Cała zabawa w „mocniej” polega na tym, by nie śpieszyć się. Nie planować. Zauważać wszystko. Obserwować i wiedzieć. Żyć tak jakby siedziało się na rybach. Z jedną nogą do pół łydki w wodzie…