“Light is meaningful only in relation to darkness, and truth presupposes error. It is these mingled opposites which people our life, which make it pungent, intoxicating. We only exist in terms of this conflict, in the zone where black and white clash.”
Louis Aragon

Wiosna przyszła i zielenią w oczy szczypie. Jest soczyście i jakby lepiej. Liście na drzewach majem nieśmiałe. Po zimie czas na porządki - w szafach, w kątach, głowach. Jeszcze powycinać chaszcze wyblakłych zachcianek, postrącać pajęczyny myśli. Potem wystrzelić szczypiorem radości, rozpachnić się niespiesznością. Wyostrzyć. Niby proste bo więcej w nas wszystkiego - nas samych w nas więcej…
Wiosna i mnie do potęgi podniosła - przez chwilę majaczę na brzegu kanału z na wpół wypalonym papierosem by zaraz biec do metra, potykając się o własne nogi. W metrze sprawdzian z tolerancji z rozkrzyczaną Bellą Italiano w tle, w szpitalu - akupunktura na cierpliwość. Pokłuta igłami oczekiwania, wracam po więcej. Wracam, do oczu kobiety - skośnych ze strachu o chłopca w gnieździe pod jej żeber klatką. Nabrzmiała i spuchnięta, macierzyństwem i czekaniem. Boże - Okrutniku, taka męka by człowieka sprowadzić na świat! Potem, w wierszach i tak padołem łez każdy go nazwie. Moim zdaniem trochę do dupy… Nie?
Siedzimy. Nic się nie dzieje. W Londynie a trochę po krakowsku, w szpitalnym czyśćcu. Czas odmierzam jękami rozmodlonych matek i kakofonią bicia serduszek, nie większych od orzechów. Takich dojrzałych, po włosku. Patrzę na prawie-matkę. Jest jak brzoskwinia, czasem z oczu pestkami łez strzela. W niespokojnych palcach różaniec miętosi, prośby pod sufit wypuszcza. Powietrze jest gęste a ja z uśmiechem “wszystko-będzie-dobrze” przyklejonym do twarzy. Będzie? Jest. Miało nie być, dobrze więc…
Czekamy dalej. Ja z rozwarciem kalendarza na kolanach, żeby kolejną ważną datę skreślić. Ona - bez rozwarcia. Nad przepaścią siebie samej kołysze się na boki, cedząc przykrótkie pytania. Bogu złorzeczy a potem łzawe paciorki różańca przebiera.
“A coś Ty taka niecierpliwa?! W Afryce kobiety tydzień się kołyszą!”. Piguła hebanową dłonią żel z brzucha ściera. Kołysze biodrami do wyjścia, zostawiając za sobą przygryzane wargi i błyszczące oczy. Serduszko puka w rytmie “Fire Starter”. Rzucam się do łóżka z ramion kołem ratunkowym. Przyklejam “wszystko-będzie-dobrze” do policzka rozczekanej matki. Za dni kilka, od pierwszego wejrzenia, zakocha się w Antonim - krzyczącym małym świętym, co w krzyku spokój jej przyniesie…

Mianownik - kto, co?- ja. Dopełniacz - mnie. Za nimi celownik, biernik. Gramatyczna mantra powtarzana od szkoły podstawowej, a we mnie ciągły brak wiary w przypadki i zrządzenia losu. Niby wszystko przez przypadek - a jednak po coś…
Gdyby Newton nie poszedł do sadu obżerac się jabłkami, nie dostałby po głowie i prawa grawitacji nie odkrył. Inny ktoś jęknąłby tylko i guza pocierał. Traf chciał, że oberwać musiał Newton! W taki oto sposób jednym marnym owocem całą ludzkość na ziemię ściągnął. “Njutonowy” koleżka po fachu, zażywając kąpieli w łaźni, odkrył podstawowe prawo hydro i aerostatyki. Nie sądzę by przez przypadek był to Archimedes… Nie bez kozery wrzeszczeć też zaczął: Euuuuuuurekaaaaaaa!!! Wszak odkrył sposób by uszczęśliwić Herona! (leniwa Eureka gdzieś przepadła z ręcznikiem…)
Wystarczy poprzyglądać się, pokojarzyć… Nieuzbrojonym okiem widać rozmaitość przypadków - skrajnych, kolejnych, niewytłumaczonych, ciekawych i tych najbardziej pospolitych - niezwykłych. Niektóre z nich chodzą po ludziach więc co robić, gdy taki zacznie deptać Ci po piętach albo wlezie w głowę?
Zupełnie nie przypadkiem podjęłam ten temat… Bo jak inaczej mam TO wszystko sobie wytłumaczyć?!
Idą Święta
Mikołaje renifery
po wystawach gonią
choinki - strojne dziwki
zaś aniołom śmierć przez powieszenie
w grudniach suszą się na sznurze
ja
oddychać nie mogę dłużej
brokatowy Dżizusek
zza kasy kiwnął palcem
i rzygałam cynamonem
moje Boże Narodzenie
zmieści się w śnieżnobiałej umywalce
17/12/2012
Zawsze chciałam, żeby było bardziej, mocniej, intensywniej. Żeby włosy były czerwieńsze a muzyka głośniejsza. Żeby, jak kochać, to aż do bólu, dlatego serce często oddawałam do porąbania na drzazgi. A jak było mdło – trzaśnięciem drzwi rąbałam ja. Było „fajnie” gdy był hardcore, porozbijane szyby i telewizory wyrzucane z ósmego piętra. Gdy dopadała mnie deprecha i poczucie nieszczęścia, to też całą parą wgniatało mnie w beton. Następnego dnia zmartwychwstanie i z syzyfowym uśmiechem odrastał apetyt na głębiej. Ostrzej. W szafce zawsze był pieprz kajeński. W apteczce – żyletki pierwszej pomocy. Z tego umiłowania do ekstremum bywałam na scenie bo przed każdym koncertem obezwładniało mnie przerażenie. Były liny, wspinaczki i łażenie po jaskiniach. Coś się dziać musiało a jak przyszła flauta, sama wkraczałam do działania. Wywoływałam burze. Gdy myślałam, że jest dobrze i pięknie, wtedy znowu robiło się po kajeńsku. Ktoś odchodził. Ktoś umierał. Umierało coś, wszystko pośród odwiecznego zgrzytu zębów. Kiedyś, przy okazji chylącego się lata, przypomniałam o sobie samej schowanej gdzieś w środku.
Tamtego dnia wróciła fotografia. Tamtego dnia wróciłam ja. Aparat zadziałał jak magnes choć ja przestawałam być magnesem na nieszczęścia. Po Chrystusowemu, w wieku 33 lat, zapragnęłam żyć nieumęczona i niepogrzebana. Rzygałam powtarzalnością upadków, zmartwychwstań i całej tej posranej drogi krzyżowej. Z obiektywem przy nosie trzeba było raz a dobrze ze zmartwienia powstać. Zwolnić. Przypomnieć sobie jak patrzeć i przymykać oczy. Jak słuchać. Jak nie mówić. W takim ciepłym i cichym półmroku wróciły słowa i ponownie wylewać się na papier zaczęły. Dziać się zaczęło.
Z dawnego popieprzenia wylała się moc pasji i tomik z pieprzotami. Wyrosła też wojna, choć ostatnio liście na niej jakby pożółkły i opadać bezszelestnie zaczynają. Jakiś drucik w głowie się przepalił. Zaczęłam czuć się utracjuszem jakby mniej. Zawsze wiedziałam, że chcę mocniej. Jednak dziś wiem, że „tu i teraz” potrzebne mi najbardziej. Wojnę odłożyłam na półkę. Pobieram nauki u onkologicznych herosów i cherlaków, zwycięzców i pokonanych, lekarzy i pacjentów – tych łysych i tych rozperuczonych na maxa. Dziś jestem zdrowa ale też dziś dociera do mnie jaskrawiej, że nie muszę mieć raka by zacząć żyć bardziej. „Bardziej” nie jest już żyletką w apteczce a „mocniej” nie jest telewizorem zrzuconym z balkonu. Zsymplifikowałam się. Uprościłam. Do szczęścia drepcze na skróty, z roku na rok z coraz lżejszym bagażem i w coraz to wygodniejszych butach. „Bardziej” marszczy mi nos przy uśmiechu. „Mocniej” przechyla mi łeb do słońca. Nie rozśmieszam Boga – nie mówię mu o swoich planach. Co ma być i tak będzie. Bóg nie ma czasu na wielkie plany. Siedzi z wędką na brzegu rzeki i patrzy na spławik. Jedną nogę ma do pół łydki w wodzie. Guzik Go obchodzą moje plany. Z nogą w wodzie jest Mu przyjemnie. Mnie też ma być przyjemnie. Im mniejsze moje dzienne przyjemności – tym przyjemniej. Życie, after all, składa się z drobiazgów. Cała zabawa w „mocniej” polega na tym, by nie śpieszyć się. Nie planować. Zauważać wszystko. Obserwować i wiedzieć. Żyć tak jakby siedziało się na rybach. Z jedną nogą do pół łydki w wodzie…
Moje „alter ja” domaga sie pisania, moje pióro woła o litość. Kilka ostatnich dni w głowie pod znakiem intensywnej pracy - zdjecia, edycja, rozmowy o projekcie, planowanie. Do tego wszystkiego cierpki smak stresu - odganianie namolnych myśli, ignorowanie przesłodzonych podklepywaczy i gromadzących się w głowie inwektyw, stert zbędnych przymiotników. Literatura ich nie lubi. Nie żebym nazywała tu siebie literatem, broń Boże! Literatką bardziej, małą, grubociosaną musztardówką. Naczynkiem do towarzystwa trunkom, gdzie odpowiedzialność za rozhasanie i upojenie myślowe spada na szkło innego kalibru. No więc mała kropka – literatka musi się zacząć hartować, żeby nie porozbijać i nie pękać. Żeby nie pękać, trzeba temperaturą wysoką hartować. Wiedzą to w hucie, wiedzą w laboratoriach, nawet matki – Polki wiedzą, że wysokie temperatury hartują, wzmacniają, utwardzają, zabijają drobne ustrojstwa. Wiadomo, wokół pełno takiego robactwa na które świętospokojowi ludzie mają alergię. Niektóre z nich należy wysoką temperaturą, inne - arktycznym chłodem traktować, tak na suczą modłę. Jak to się dzieje, że ta namolna plaga przez uszy i oczy do głów włazi i tam zamieszanie zaczyna? Chłodno zignorować czy wrzeniem uśmiercić? Pijawki, wszawica i reszta owsików, całe to towarzystwo pasożytuje na miękkich sercach i równie miękkich dupach. Niby małe i moralnie bezkręgowe, a wie jak skutecznie życie zatruć…
Ale basta o robactwie. Nie czas rozprawiać o tym, gdy wokół tyle się dzieje! Dziś, na ten przykład, udzielamy z Patką wywiadu Polskiemu Radiu Londyn. Potem spotkanie z naczelnym Cooltury, jeszcze pózniej sama przeprowadzam wywiad. “Już piąta…”, a ja nie śpię. Trema? Tak, ale przed wizytą u lekarza chyba. Szaleństwo nadzwyczajne! Tyle wszystkiego, że człowiek chorować nie ma czasu a gdy już do lekarza trafi, to wmówią mu wszystko, byle pigułki jak dropsy łykał. Nikt nie powie “proszę się więcej uśmiechać a stan Pani/Pana ulegnie znacznej poprawie”. Miast tego “paracetamol, 8 razy na dobę. Nie przekraczać dziennej dawki…” Nadużycia kontrolowane – tego nas uczą od zasrańca a potem rozpieprzony żołądek i dobry humor razem z nim.
Kwadrans po piątej… Leżeć jeszcze czy już wstać i życie zaczynać? Do wylotu 4 dni a ja nadal lekko sproszkowana. Trzeba wszystko zacząć ogarniać, od siebie począwszy, to też o 8.30 dzwonię do “wracza”, spotkanie z Mirowskim, a przed południem wyląduję na Hammersmith. Tam spotykam się z Patką u której mieszkałam ostatnich kilka (intensywnych) dni. Taka praca z winem pomieszana. Przy zakupie jednej z butelek zgodziłyśmy się zabrać azjatyckiego sprzedawcę do Polski, za brakujące 20 pensów które nam podarował. I wszystko byłoby ok gdyby nie fakt, że Patka curry nie lubi… No cóż, Pan Sikh do kraju nad Wisłą tym razem nie trafi. Włączam Trójkę i wstaję z łóżka. Pan Mann informuje, że w kraju nad Wisłą pada śnieg. Na potwierdzenie tych słów dzwoni słuchacz podróżujący z Augustowa do Suwałk i mówi, że zima jak się patrzy! Może to i lepiej, że Pan Sikh nie leci z nami – zmarzłby biedak…

16/10/12
Nie mogłam podnieść się z łóżka. Noc ciężka oczekiwaniem na wtorek a gdy ten przyszedł - przywitałam go wymięta, z sinymi podkówkami. Ból brzucha przypominał o wadze dzisiejszego dnia. Wiadomość od Patki – „prześlij dane, ceny biletów lotniczych zaczynają szaleć”. Niedługo kolejna – „lecimy 31go, ze Stanstead do Łodzi. Zostajemy do 9go”. Na ustach majaczy uśmiech, w głowie myśl, że się dzieje. No to lecimy, działamy!
O 14.00 trafiam do siedziby Reuters. Półgodzinna rozmowa z Chief Photographer. Dobre oko - słyszę - mało fotografii prasowej, typowej dla naszej agencji. Potrzebujesz być wszędzie, gdzie się dzieje coś ważnego. Na przykład dzisiejszy mecz Polska - Anglia, pójdź do pubu. Stay in touch. Wychodząc oddaję przepustkę z napisem “visitor”.
Ulica zalana słońcem. Odpalam papierosa i myślę o tym, co widziałam przed chwilą - biura typu “open plan”, na każdym z biurek po kilka monitorów, telewizor, sterty gazet – typical newsroom. Biuro (kołchoz) z jakiego udało mi się wyrwać ponad rok temu. Ludzie “czynu” w terenie, biegają z miejsca na miejsce, łapią w kadry wydarzenia. Nie ma czasu na refleksje, na słońce prześwitujące przez dziury w płocie czy ślimaka po drodze. Trzeba robić “ważne”. Wsiadam więc w pociąg i jadę na South Bermondsey. Jadę po swoje “ważne” - projekt Patki i Fundacji Rak’n’Roll.
Docieram po 16.00. Ciepły dom, ciepłe Patka i Ola (córka Patrycji). Kawa, ciasto i rzeka słów, cały ich ocean. Zaczynamy uczyć się siebie nawzajem. Przez większość czasu rozmawiamy o projekcie: Rak’n’Rollu, Magdzie, Bartku, ludziach których znamy i tych, których przyjdzie nam poznać. Zadaję pytania bez krempacji. W zamian otrzymuję nieskrępowane, szczere odpowiedzi. Po raz kolejny oddycham chyba z ulgą, że historia Magdy dotyka mnie po tym jak odeszła. Nie mam na sobie piętna jej śmierci, blizny po jej byciu a potem przejściu w niebyt. Subiektywnie jestem obiektywna i już mocno zaangażowana w tworzenie książki. Pytam o trafność swoich spostrzeżeń, o reakcje na pierwszy i raczej surowy wpis na swoim blogu “Jak zaczęłam tańczyć Rak’n’Rolla”.
Im dłużej rozmawiamy, tym bardziej czuję się na właściwym miejscu, w odpowiednim czasie. Zza obiektywu, może przy piórze ale z tym - tylko z doskoku. Rozmawiamy o spójności portretów, o wspólnym ich mianowniku. W wywiadzie wszystko będzie oczywiste bo spójności doda sama bohaterka, jej imię. Zmieniać się będą pieszczotliwe zdrobnienia, tempo wypowiedzi, zawieszenia czy słowotok. Przedstawiam Patce mój pomysł na „spoiwo” i ten wspólny mianownik w fotografiach. Do tego - niezbędna wręcz refleksja odpowiadającego, jego emocjonalne zaangażowanie, otwarcie. Mam jednak ciągłe wrażenie, że jeszcze do-myśleć wszystko trzeba, do-powiedzieć. Może samo się do-myśli…?
Dochodzi 22.00 więc ruszam na zachód. Nie ma we mnie śladu rannej siebie – obolałej niewyspaniem, zmysłów pomieszaniem. Wieczorna jestem lekka i przejrzysta. Kilka godzin rozmowy i wiemy, że obie z Patką już tworzymy duet. Nie ma potrzeby dodawać, że zgrany bo obie gramy w otwarte karty, fair-play od wąroby aż do szpiku kości. Dobrze czuć, dobrze mówić o tym co „ważne” i z powagą „ważne” traktować, choć słów nie ważyć bo i po co?! Zwariowany, rak’n’rollowy październik. Wszak to nie pierwsza w historii rewolucja październikowa, choć ta jest inna, bo pod wodzą rudo-blond tornada… :o)

15 październik 2012, 3.00 a.m.
Prawie 3.00 nad ranem. Nie śpię i wygląda na to, że szybko nie zasnę. Głowa nabita szpilkami myśli i oczekiwaniem. Taki to już raptus ze mnie, co wiecznie musi uczyć się czekania, cierpliwości, pewnego rodzaju bezruchu. Na co czekam ? Na wtorek. Na wtorek czekam ale po kolei…
Kilka tygodni wstecz telefon od Patki (Patrycja Pastwińska). Opowiedziała o pewnym projekcie, a ja wysłuchałam z zapartym tchem. Opowiadanie historii zamknęła stwierdzeniem: „Chciałabym, żebyś to Ty robiła zdjęcia…” Ja..?
Projekt Patki – książka, ale niezwyczajna. W książce zamknięty będzie zbiór wspomnień o Magdzie Prokopowicz, założycielce Fundacji Rak’n’Roll. Magda odeszła w czerwcu tego roku, odchodzenie trwało 8 lat. Nie mnie oceniać czy długo to, czy krótko. Jednego jestem pewna – nie napiszę, że przegrała walkę z rakiem, choć z drugiej strony daleko mi do patosu i “z urzędu” ustawiania zmarłych na piedestałach. Nie znałam Magdy, poznaję ją teraz. Będę poznawała nadal bo Magda żyje we wspomnieniach bliskich, w ludziach, którym niosła prostą radość i nadzieję zamkniętą w słowach „łeb do słońca”. Dobrze, że to książka bo te skłaniają do refleksji. Z książką zazwyczaj jest się sam na sam, cokolwiek w niej napisane – dociera jakby głębiej, od razu pod skórę, pod paznokcie…
Dzisiejszej nocy obejrzałam kilka wywiadów z Magdą i Bartkiem (Bartek Prokopowicz, mąż Magdy). Nie pasuje mi tu słowo „wywiad” – bardziej „wyjaśnienie”, „wymówienie”, „wyrzucenie” a momentami „wyrzyganie”. Poczułam się, jak gdybym pierwszy raz rozmawiała z ludźmi – nie dlatego, że choroba czy ogrom cierpienia – po raz pierwszy docierają do mnie pewne prawdy. Na przykład taka, że choroba to nie patos a chory - nie bohater – nie chcę odzierać Magdy z jej człowieczeństwa. Nie chcę by w mojej głowie była wielka statua “ucierniowana” łysiną – chcę widzieć oczy, w których nie tylko pogodzenie się z losem ale też strach, miłość, wściekłość, furia pomieszana z pasją, wczepianie się w życie pazurami, a może rozbite lustra. Śmierć to nie wojna a jeśli nawet – to jej koniec . Partner, mąż czy kochanek - to nie jeniec – każdy ma swój czas, każdy ma swoją wolność i kodeks moralny – nie nam oceniać. „Polska to taki dziwny kraj”, ale nie jedyny, gdzie głupota rządzi a zbiorowa moralność poucza jak długo być w monochromie, jak na dulską modłę oczy wypłakiwać, czy dać się - i kiedy - żywcem pogrzebać (dostanie mi się za te mało-katolickie wybałuszenia). Wiem też bardziej, że trzeba w nas samych radość pielęgnować , ale tę organiczną, pochodzącą od najprostszych spraw i rzeczy, miłości DO „tu i teraz”, miłości W „tu i teraz”. Trzeba o cycki dbać a łeb do słońca wystawiać. Reszta - będzie.
Jest Patka i będą wspomnienia. Jestem ja – będą zdjęcia, portrety tych, którzy byli z Magdą (i są z Bartkiem) związani – ludzie nieprzeciętni, znani i podziwiani. Będą opowiadać i patrzeć w obiektyw. Albo nie patrzeć wcale. Będą zerkać z uśmiechem albo ze łzami w gardle odwracać wzrok… W pierwszej chwili, po usłyszeniu propozycji, kolejno przywitałam panie zaskoczenie, radość by potem przytulić całą familię wątpliwości… Czy dam radę?… Jak?… Jak robić zdjęcia ludziom, którzy fotografowani są każdego dnia, non-stop? Wtedy wątpliwości wyprowadzają się z głowy by wrócić dzisiejszego wieczoru . I znowu słyszę w głowie tę burą litanię, gdy z łoskotem coś spada. Patrzę na ścianę a potem na łóżko – ze ściany spadło obramowane motto: „You are responsible for the talent that has been entrusted to you. Go work with it.”
Przeszły ciarki, wątpliwości też przeszły. Odeszły w niebyt z odpadłym ze ściany znakiem. Zaufałam.
Za dwa tygodnie lecimy do Warszawy. Czas na pierwsze wywiady, pierwsze zdjęcia. Uczę się siebie samej. Wiem, że są wątpliwości i jest cierpienie. Uczę się, że potem można być tylko lepszym. I kochać mocniej…
Odwiedzajcie i polubcie:
http://www.facebook.com/pages/Fundacja-RaknRoll-Wygraj-%C5%BBycie/305950490392?fref=ts

a Ty się bój
niech strach Cię za rękę
na manowce obłędu zaprowadzi
może wariatom łatwiej
a Ty serce jak broń złóż
ubierz się w całun białej flagi
i na zmartwychwstanie czekaj
może się zdarzy
a Ty patrz
jak życie piaskiem przesypuje się przez palce
kaftan bezpieczeństwa zasznuruj
może kiedyś będzie Ci w nim do twarzy
07/10/2012
Renato D’Aiello by Monika S. Jakubowska